Śledź też pies

Co słychać na blogu?

czwartek, 19 maja 2016

Rasowy Czwartek #16 - golden retriever

Dziś w Rasowym Czwartku rasa, o którą wielokrotnie prosiliście w komentarzach i wiadomościach - golden retriever :-) Jaki golden jest niby każdy wie... ale czy na pewno? O znanych i nieznanych stronach tej rasy rozmawiałam z Eweliną Stanaszek i Magdą Kasprowicz z hodowli Bla-Mer-Cze :-) Koniecznie zajrzyjcie na ich facebookowego fanpejdża, znajdziecie tam więcej zdjęć, a obie dziewczyny na pewno chętnie odpowiedzą na pytania, które pojawią się w Waszych głowach na temat rasy, są prawdziwymi pasjonatkami :-)


wtorek, 17 maja 2016

Śledzie testują: obroże od Kudłaty Art - recenzja cz.2: ostateczne starcie :-)

W styczniu Śledzie dostały obroże od KudłatyArt - pisaliśmy wtedy o naszych pierwszych wrażeniach po otwarciu paczki. Były one w 100% pozytywne! Czy po kilku miesiącach uczciwego używania (Śledzie chodziły wyłacznie w tych obrożach) nasze wrażenia zostały zweryfikowane? Zapraszamy do czytania!


Nie ma co się czarować: obróżek nie oszczędzalismy ;-) Przeszły próby w wodzie (bo Śledzie praktycznie na każdym spacerze wlezą do Narwi), w piasku, błocie, w lesie, w krzakach i na łące. Śledzie nosiły je bez przerwy, bo mamy jeden komplet obroży ;-)

Zdecydowanie najtrudniej miała obroża Eevee, bo i na niej są jedyne uszkodzenia. Trudno powiedzieć, czy to natura Małej Larwy, która wlezie wszędzie, wszystko musi sprawdzić, wszystkiego doświadczyć i z kazdym się potarmosić, czy pech, ale zanotowaliśmy 2 problemy: małe rozerwanie materiału (tu obstawiam naturę Eevee ;-) ) i rdzę na okuciach.


Zdecydowanie najlepiej mają się obroże chłopaków, i o ile Bohun jest faktycznie dorosły i stateczny (choć ostatnio przeżywa drugą młodość ;-) ), to Mieszko nie odpuszcza. Obydwa podszycia, a szczególnie softshell, zdobyły moje serce - zobaczycie dalej, że po praniu wyglądają kompletnie jak nowe :-)


Również owieczki na obroży Mieszunia lepiej zniosły brud niż te u Eevee :-) okucia także w stanie idealnym :-) Pianka trochę przybrudzona, ale bez tragedii, zresztą - pralka sobie z tym poradziła bez problemu.



Jesli chodzi o obroże Zuzi i Bromby, no to jedyne ślady użytkowania to "przyklepany" polarek. No niestety, na to nie ma mocnych, minky tak juz ma i nic na to nie poradzimy.

Duże zaskoczenie za to przy obroży Zuzla - kto nasze psy zna, ten wie, że to ona wlaśnie ma najrzadsze kłaki z całego stada - z tego względu jej obroże są zawsze bardziej narażone na uszkodzenia. Na tej nie ma śladu choćby drobnego zadarcia, rdzy ani niczego. Duży plus!


Obroża Brombiaka to ta, na której najmniej znać użytkowanie - nawet przybrudzona niewiele ;-) Nie żeby Brombi była taka delikatna ;-) ale obroża w stanie świetnym!


Zdjęcia porobione, można było wrzucić obroże do pralki.
W związku z tym słowo wyjaśnienia: nie uznaję za praktyczne i fajne akcesoriow, które nie wytrzymują prania w pralce. Nie mam zwyczajnie czasu na zabawę w pranie ręczne czegokolwiek, wiec jeśli coś wrzucone do pralki nie przeżyje - wyrzucam i nie kupię nigdy więcej, choćby poza tym było świetne.

Obroże wsadziłam do woreczków i uprałam w 30 stopniach. Efekty? :-)



Jak widać obroże wyglądają świetnie :-) Kolory wróciły :-) nic się nie sprało :-) W związku z tym możemy z czystym sumieniem nagrodzić obroże KudłategoArtu naszym stęplem ;-)


sobota, 14 maja 2016

Wataha w podróży i moje mieszane odczucia -> recenzja

Jakiś już czas temu przeczytałam książkę, którą pewnie wielu z nas zna doskonale - "Wataha w podróży. Himalaje na czterech łapach" autorstwa Agaty Włodarczyk i Przemka Bucharowskiego. Btw - nie wiem czy wiecie (mam nadzieję, że tak!) że Agata i Przemek prowadzą również bloga do wejścia na którego bardzo Was zachęcam :-)

Książka zostawiła mnie z kilkoma przemyśleniami i dylematem... ale o tym zaraz.


Zacznijmy od tego, co do czego nie mam wątpliwości.

Książka od samego początku urzekła mnie przecudownymi zdjęciami. Jak wiecie - góry uwielbiam i takie widoczki, jak na kartach "Watahy..." sprawiają, że aż mi się tak miło w żołądku robi ;) Kwitnące rododendrony, ośnieżone szczyty, wioski położone u podnóża gór... coś wspaniałego. Dla samych tych zdjeć jestem przekonana, że książkę warto kupić - a małą próbkę mamy już na okładce przecież ;-)

Druga sprawa to to, jak lekkie pióro mają Agata i Przemek. Jeżeli do tego czasu przeczytaliście cokolwiek na ich blogu to już o tym wiecie, jeśli nie - zdecydowanie powinniście. Książkę czyta się jednym tchem, błyskawicznie i zdecydowanie w jeden wieczór.

Ta książka to również książka nie tylko o Himalajach - to tak uprzedzam tych, którzy za górami nie przepadają. To książka uniwersalna, książka o dążeniu do celu wbrew przeciwnościom losu. Książka o wstawaniu, upadaniu i jeszcze raz wstawaniu - i tak do znudzenia. Wreszcie - książka o osiąganiu celu, choćby droga była do niego kręta i ciągle pod górkę.

I prawda jest taka, że gdyby chodziło tylko i wyłącznie o to, to "Wataha w podróży" stałaby się jedną z moich ulubionych książek. Gdyby tylko nie było tam.... psa.

Tak, psa, a dokładniej - wilczaka Diuny (chociaż gdyby to był jakikolwiek inny pies, miałabym podobne rozkminy).
Możliwe, że jestem lamus, nudziara i mentalna starucha... no ale wybaczcie, nie wyobrażam sobie zabrania psa na taką wyprawę. Dla mnie to szczyt nieodpowiedzialności od samego początku - włącznie z nieogarnięciem przepisów na tip top (kurczaki pieczone, jak moje maluszki lecą do swoich domów samolotami, to ja znam przepisy na pamięć włącznie ze wszystkimi możliwymi zmiennymi, mam obcykane totalnie wszystko), które skończyć mogło się źle, przez klimat Indii - zarówno w miejskiej, jak i górskiej części (przy opisie Diuny cierpiącej w upale w czasie trekkingu aż mnie zmroziło), aż do zostawienia psa w hotelu w Delhi (tu fakt - Autorzy sami przyznają, że nigdy więcej... ale nie ogarniam, jak musiałabym być zdesperowana, by taki pomysł w ogóle przyszedł mi do głowy). No nie, nie i jeszcze raz zdecydowane nie.

Ci, którzy mojego bloga czytaja myślę, że wiedzą, że nasze psy towarzyszą nam wszędzie, gdzie jest to tylko możliwe. No właśnie - możliwe. Moim zdaniem (ale jak już wspomniałam - jestem pewnie lamus) taka wyprawa to nie jest miejsce dla psa - żadnego, nawet wytrzymałego i "pierwotnego" wilczaka. Jestem zdania, że Autorzy mieli ogromne szczęście, że Diunie nic się ostatecznie złego nie stało... ale ta wyprawa była moim zdaniem zwykłym, nieodpowiedzialnym kuszeniem losu. Skojarzyło mi się to trochę z rodzicami zabierającymi swoje niemowlaki/kilkulatki na tatrzańską Orlą Perć w różnego rodzaju nosidełkach by udowodnić, że dziecko to nie ograniczenie i że się da - to mnie również za kazdym razem przeraża sprawia, że przez dłuższą chwilę muszę próbować uciszyć wyobraźnię.

Zdecydowanie polecam Wam przeczytanie tej książki! To naprawdę świetna pozycja - a co do oceny - nazwijmy to szumnie - moralnej ;-) nie ma przecież obowiązku zgadzania się ze mną ;-)

czwartek, 12 maja 2016

Rasowy Czwartek #15 - schapendoes

Zacznijmy od pytania: kto z Was w ogóle wie, co to jest schapendoes? ;-) przyznaję się bez bicia, gdy odezwała się do mnie Jola Żółtowska-Widera z hodowli Shaggy Herd (którą prowadzi razem ze swoim mężem Dariuszem Widerą) i o schapendoesach wspomniała, miałam w głowie tylko

szapen-co?

Szybki risercz w internetach żeby nie było wioski ;-) i już skojarzyłam! Faktycznie, kiedyś widziałam na wystawie - za granicą co prawda, ale widziałam! A potem już poszło i rozmowa z Jolą bardzo rozjaśniła mi w głowie... i mam nadzieję, że rozjaśni również Wam :-) No chyba, że są tu takie kozaki, które wiedzą z czym się je schapendoesa, to chylę czoła ;-)

Większość ludzi nie wie, że takie "szapen-cośtam" istnieje, wiele osób myli je z PONami... pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z tą rasą?


Tak, z owym "szapen - cos tam" spotkałam się w Niemczech, spacerując z przyjaciółką nad Renem. Myślałam, ba, byłam wręcz pewna, że to polski owczarek nizinny, tylko ... jakiś taki mniejszy, drobniejszy...Później dowiedziałam się, że moja koleżanka z Krakowa, która też ma briarda, sprowadziła z Włoch, coś małego, kudłatego, wesołego.
I kiedy w 2011 na wystawie w Katowicach poznałam tego kudłacza i skojarzyłam, że to ten sam pies spotkany kiedyś nad Renem. I...zaczęło się stopniowe poznawanie i wsiąkanie w rasę, nawiązywanie kontaków z hodowcami.
Stwierdziłam, że schapendoes będzie fajnym kompanem dla moich briardów. I tak jest :)


Skąd w ogóle one się wywodzą? Do czego były używane?


Dutch Schapendoes (Schapendoes, Nederlandse Schapendoes) to pies pasterski. Jak widać z nazwy rasy, jego ojczyzną jest Holandia. Był ( i jest nadal, ale bardzo rzadko już) wykorzystywany w ubogich regionach tego kraju do pilnowania i zaganiania owiec. Rasę "odkryto" dopiero w latach czterdziestych ubiegłego wieku nadając jej nazwę wlaśnie "Schapendoes". Ojcem rasy jest  Pieter Marie Christoffel Toepoel.


Jak wygląda schapendoesowa codzienność? Co robicie? Czy mają jakieś specjalne wymagania?


Schapendoes jest psem pasterskim, i o tym nie wolno zapominać, bardzo aktywnym, inteligentym, sam podejmującym decyzje, należy go zmęczyć nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Uwielbia być aktywnym, stad jego udział w takich sportach jak pasienie, agility, czy flyball. Moja Pieta Elfi van het Haskerhus (uczy sie pasać  owce.
​Trzeba sobie zdać sprawę, że to rasa uparta i nieco zadziorna, ale nieagresywna. Musi mieć solidnego przewodnika, który w sposób stanowczy i zdecydowany, ale bez przemocy, wyznaczy jej granice.
Schapendoes jest bardzo szybki i zwinny. Ale niestety bardzo szczekliwy!
Jednocześnie, jak ja to nazywam, to "rasa na smuteczki", gdyż jest bardzo wesoła, pogodna i kochająca ludzi. To "duszek pozytywnej energii" , jak mówie do mej suczki.


Komu w takim razie poleciłabyś takiego psa?


Komu bym poleciła? Aktywnym ludziom, którzy  będą z psem pracować, uprawiać PSIE , nie ludzkie sporty ( np jazdę rowerową- schapendoesa ona nie zadowoli ...bezmyślne bieganie przy rowerze szybko go znudzi -  "doez" lubi przygody i wyzwania!). Uwaga - nie polecałabym ...pedantom, no chyba, że będą, jak ja:), kilka razy dziennie...sprzątać piach z podłog, wycierać kałuże po spacerach w deszczu, bo schapendoes nie odpuści także takiej pogody :)


No dobrze, a w drugą stronę - kto na pewno nie dogada się z schapendoesem?


Nie dogada? Myślę, że tu akurat nie ma jakiś potencjalnych wrogów. Raczej bym zapytała kto lub co schapendoesa unieszcześliwi?
A unieszczęśliwi go, jak i większość psów izolacja od ludzi, których kocha, pozostawienie w samotności na długie godziny, brak zainteresowania, zajęcia ze strony człowieka. Nie można go zamknąć w złotej klatce! On musi byż i żyć ze swym "ludziem" i jego rodziną, musi im towarzyszy we wszystkim, wtedy mamy szczęśliwego "doeza". Moja Elfi jest niemal przylepiona do nogi, gdzie ja, tam i ona, musi stale mieć mne na oku, czasem to męczące, ale...jak mówie żartobliwie - "widziały gały, co kupowały".U mnie to świadomy wybór, na dobre i złe, do końca. Ona i briardy, oczywiście.


Nie ma ich wiele... jak więc znaleźć dobrą hodowlę? Na co zwracać uwagę?


Tak, w Polsce jest obecnie pięć egzemplarzy, w tym dwa wystawowe, m.in moja "Elfi", jak ją nazywam po domowemu.
By szukać psa tej rasy, polecam klub w Holandii. Mają świetną bazę danych z całej zachodniej Europy. I z niej trzeba korzystać, by bezpiecznie kupić psa tej rasy.
Moim zdaniem najciekawsze egzemplarze sa wlaśnie w Holandii, ale także i w Niemczech, Włoszech, czy państwach Skandynawii.Stamtąd planuję zakup drugiego schapendoesa.


Czy ich pielęgnacja jest kłopotliwa?


To pies długowłosy o koziej strukturze okrywy, o którą trzeba dbać używając dobrych kosmetyków.
Sama pielęgnacja jest kłopotliwa do momentu osiągnięcia przez psa dojrzałości. A więc do około 3 lat. Młody włos się placze,  kołtuni (intensywność kołtunienie jest też  uzależniona od barwy szaty). Należy go więc często czesać. Kiedy już pies wymieni włos - możemy lekko odetchnąć. Pamiętajmy jednak, że jest to pies pasterski i musi szatę mieć taką, jaką określa wzorzec, nie możemy go przesadnie stylizować!
Musi być "rozczochranym pastuszkiem" - bardzo to określenie mi się podoba, oddaje naturę tego psa.


Wydają mi się zdrową rasą - zapewne dlatego, że tak mało popularną. Czy to prawda?


Tak, to zdrowa rasa. Psy przeznaczone do hodowli muszą miec badanie w kierunku dysplazji. chorób dziedzicznych oczu, a także należy określić profil DNA. Takie są wymogi za granicą.

Wasz pomysł na idealny dzień to...


Pomysł na idealny dzień z "doezem" - LEKCJA PASIENIA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Widok pracującego psa tej rasy to raj dla oczu i szczęście dla psa!


środa, 11 maja 2016

Rozwiązanie konkursu Obudź wilka - zwycięzcy wybrani :-)


czwartek, 5 maja 2016

Rasowy Czwartek #14 - charcik włoski

Maj nam się zaczął, zauważyliście? :-) A jeszcze niedawno była pseudo-zima.... ;-)

Dzisiaj wiosennie "dziabniemy" X grupę FCI, czyli charty :-) Zaczynamy od najmniejszego z nich, czyli charcika włoskiego, a opowie o nich prawdziwy hodowca z pasją - Monika Nowak z hodowli Novatica :-) Bierzcie się za czytanie, bo naprawdę warto!


Kiedy pierwszy raz zobaczyłaś charciki włoskie?


Pierwsze charciki włoskie widziałam oczywiście w książkach ;) Od naprawdę wczesnego dzieciństwa interesowałam się kynologią (dorastałam otoczona psami, gdyż moi rodzice prowadzili swoje własne hodowle) i tak też w wieku ok.6 lat znałam każdą dostępną encyklopedię psów rasowych na pamięć. Charty "z obrazków" bardzo mi się podobały, ale ogólnie żyłam w przekonaniu, że to straszliwie trudna grupa psów i z pewnością nie dałabym sobie rady. Na żywo pierwszego charcika zobaczyłam na wystawie międzynarodowej w Opolu końcem lat '90, wstyd się przyznać, ale pomyślałam wtedy, że to muszą być straszne kaleki :P


Dlaczego się zdecydowałaś na tę rasę?


To dosyć długa historia, ale może tak w skrócie...
Wiedzę na temat różnych ras poszerzałam systematycznie pracując z różnymi psami na co dzień, udzielałam się w Związku Kynologicznym chyba od przedszkola, pomagałam przy wystawach, wystawiałam też psy moich rodziców i znajomych. Z wiekiem charty wydawały mi się coraz bardziej osiągalne, na pewno znacznie zmieniłam o nich zdanie mając więcej styczności np. na wystawach (mój region niestety był i nadal jest dość ubogi w hodowle psów z gr.X, było mało możliwe zainicjowanie bliższego kontaktu z tymi psami na co dzień). Muszę jednak przyznać, że charty intrygowały mnie i myśl o posiadaniu takowego zaczęła powoli kiełkować już w mojej nastoletniej głowie. Myślę, że nigdy nie czułam się fizycznie silna na tyle by pozwolić sobie na "pełnowymiarowego" charta, dlatego zaczęłam zastanawiać się co wybrać - whippet czy charcik włoski? Moja mama próbując mi pomóc w rozwiązaniu tegoż dylematu powiedziała: "dziecko, jak nie spróbujesz obu to nie będziesz wiedziała, który jest dla Ciebie odpowiedniejszy". Tak narodził się pomysł na dwa charty zamiast jednego ;) Na spełnienie tego marzenia "pozwoliłam" sobie dopiero na studiach, najpierw w domu pojawił się dziś już będący weteranem whippet - Kapitan. Na wymarzonego charcika czekałam natomiast jeszcze prawie 2 lata - no i udało się, Baublis okazał się dokładnie taki jakiego sobie wyśniłam. Wśród charciarzy powszechne jest takie zdanie "charty są jak orzeszki, nie skończysz na jednym"... tak się właśnie stało. Obecność charcika rozwiała moje wszelkie wątpliwości co do tej rasy, przekonała mnie, że to mój absolutny number one, prawdziwy chart w ciele miniaturki.


Czy rzeczywistość życia z nimi w jakiś sposób zweryfikowała Twoje pierwotne wyobrażenia?


Codzienna egzystencja z obiema rasami spowodowała, że mimo obecności pary whippecich championów, zdecydowałam się na hodowlę tylko i wyłącznie charcików. Dziś mogę powiedzieć, że mama miała rację ;) trzeba mieć psa w domu, żeby rzetelnie porównać. Żadna książka ani opowieści innych osób nie zweryfikują tyle co życie. Rzeczywistość kontra wyobrażenia - hmm przed zakupem charcika byłam pełna obaw, bo będzie delikatny, bo będzie się ciągle bał, bo będzie miał nieustanną "trzęsiawkę"... teraz wiem, że to była głupota i przyznam, że życie pozytywnie mnie zaskoczyło.

Chart kojarzy się z dużą potrzeba ruchu - jak to jest z charcikami włoskimi?


To jest właśnie jeden z olbrzymich plusów tej rasy - gdy jest ładna pogoda i masz ochotę na 20 km wędrówkę - charcik bardzo chętnie dotrzyma Ci towarzystwa, jeśli natomiast masz kiepski nastrój, jest deszczowo, albo po prostu nie chce Ci się ruszyć sprzed telewizora - no problem, charcik wskoczy z Tobą pod koc i obejrzy ulubiony serial. To jest rasa bardzo uniwersalna. Oczywiście charciki mają dużo energii, uwielbiają ruch i przebywanie na świeżym powietrzu, ale nie stanie się tragedia jak wyjątkowo odpuścicie sobie dłuższy spacer. U charcików nie zauważyłam nigdy czegoś takiego, że jak się nie wybiega to rozniesie dom, ale trzeba pamiętać, że grzeczny pies to zmęczony pies - 15 minutowe, intensywne biegi albo np. ciekawa zabawa logiczna powinny wystarczyć charcikowi "na co dzień". Odnoszę często wrażenie, że dla charcika nie jest ważne co robi, najważniejsze, że robi to ze swoim właścicielem.


Ja uwielbiam spacery z charcikową bandą, żaden z moich (obecnie 9) psów nie ucieka, nie mam raczej większych problemów z ich przywołaniem, nie reagują także na dzikie zwierzęta, gdy jesteśmy w terenie - ale co jest bardzo ważne, jest to pies myśliwski, nie jest pozbawiony instynktu i trzeba od małego uczyć go "trzymania się" właściciela. Charcik jest też psem o doskonałym wzroku, może zobaczyć coś z daleka na długo przed nami, dodatkowo jako pies mały i bardzo czujny może się czegoś po prostu przestraszyć, dlatego na spacerach nie wolno tracić czujności. Nigdy nie puszczamy swoich psów ze smyczy w miejscach, których nie znamy i generalnie unikamy miejsc uczęszczanych przez stada ludzi/dzieci/psów jak np. parki.

Co można z nimi robić na co dzień?


Nasze psy oprócz swoich karier wystawowych i hodowlanych są po prostu świetnymi współtowarzyszami życia. Dzięki kompaktowym wymiarom jeżdżą z nami prawie wszędzie. Potrafią się zachować w każdym otoczeniu i to także w nich kocham. Nie wyobrażam sobie prowadzić zwyczajnego życia i jako dodatek mieć psy np. w kojcach. U nas jest tak, że psy jeżdżą na wakacje, do związku na dyżury sekcji, do babci na imieniny... Jeśli chodzi o inne charciki to są takie, które spędzają z właścicielami całe doby, chodzą z nimi do pracy, na obiad, na imprezy, do kina. Wiele z nich dobrze odnajduje się w psich sportach, w Polsce coraz więcej włoszczaków biega w coursingach czy wyścigach torowych. Znam też takie, które biegają przy rowerze, towarzyszą w joggingu, chodzą w dogtrekkingu albo biegają za frisbee.


Co potencjalny właściciel powinien wiedzieć na początek?


Najważniejsze jest to żeby przemyślał sprawę czy to pies odpowiedni dla niego :) Charciki są bardzo przywiązane do swojego właściciela, świetnie odnajdują się żyjąc z towarzyszem (innym psem/kotem), nie jest to rasa dla osób bywających w domu z doskoku lub planujących co roku egzotyczne wakacje. A gdy już ktoś decyduje się na charcika, powinien skupić się na znalezieniu dobrej hodowli. Jest to rasa niezbyt popularna (choć ostatnio robi się niebezpiecznie "modna"), nie jest najłatwiejsza ani w wychowaniu, ani w hodowli. Ja skupiłabym się na tym, czy psy są badane (mimo braku takich wymogów regulaminowych) oraz na ogólnym wrażeniu jakie wywiera na mnie hodowca. Jak w każdej rasie, tak i w tej - hodowca powinien poznać nabywcę możliwie najlepiej, żeby chociażby dobrać mu psa najbardziej odpowiadającego oczekiwaniom. W obrębie tej rasy można znaleźć psy bardzo spokojne i bardzo pobudliwe. Najgorsze co można zrobić to kupić takiego psa przypadkowo - a potem od takich ludzi słyszymy opinię, że każdy charcik łamie łapy lub wszystkiego się boi.Jeśli zaś chodzi o samego charcika w nowym domu to wydaje mi się, że najważniejsze na początku jest przyswojenie sobie informacji, że charcik mimo malutkiego ciałka i wielkich, proszących oczu to pies jak każdy inny. W wychowaniu nie można pozwolić sobie wejść na głowę. One uwielbiają pieszczoty i wszelką bliskość, gdy wypracujemy sobie z nimi odpowiednią więź to na pewno zrobią dla nas wszystko, ale jak każdy pies tak i charcik musi mieć w swoim właścicielu autorytet. Konsekwentne i mądre wychowanie zaoszczędzi rozczarowań, a czasem może nawet ocalić jego zdrowie. Na pewno właściciel powinien być opanowany i stanowczy, ale nie głośny i nadmiernie dominujący, bo charciki są inteligentne, pamiętliwe i wrażliwe, a często też obrażalskie. Siłą i krzykiem niczego z nimi nie osiągniemy. W związku z delikatną budową ciała i sporym sprytem charcik potrafi w domu wymyślić różne cuda, które nie śniłyby się "normalnym" psom, dlatego właściciel musi nauczyć się chowania jedzenia z ławy, zasuwania krzeseł, zamykania okien itd. Zwykle z nabywcami naszych szczeniąt spędzamy kilka godzin (przed odbiorem psa) na omawianiu pierwszych miesięcy wspólnego życia.


Bez czego nie obejdzie się charcik włoski?


Charcik nie obejdzie się bez swojego Pana :) Tak jak już wspomniałam, dla tego psa nie jest ważne co i gdzie robi, byle ze swoim właścicielem. Kolejne są - czułość, pieszczoty i czas spędzony aktywnie na świeżym powietrzu.
A jeśli chodzi o rzeczy materialne to najważniejsza na co dzień jest szeroka, miękka obroża no i ubranko na deszcz, śnieg i wiatr - bez niego ani rusz.

Jesteś hodowcą - czym kierujesz się w swojej hodowli?


W mojej hodowli kieruje się bardzo prostą myślą - wyhoduj takiego psa jakiego sam byś chciał mieć. Oczywiście sporo wystawiamy, dlatego eksterier nie jest bez znaczenia, ale umówmy się - wystawa to tylko kilka dni w miesiącu (dla niektórych kilka w roku) dlatego przede wszystkim pies ma być po prostu fajny do życia codziennego. Dosyć długo kompletowaliśmy bazę naszej hodowli i dopiero mając konkretne psy zdecydowałam się na miot. Kiedy miałam już "pochodzenie", trzeba było pomyśleć o zdrowiu i tak też przed rozrodem badamy swoje psy pod kątem najczęściej występujących u nich schorzeń. Niestety w Polsce jest to praktykowane w zaledwie kilku hodowlach. W doborze par rodzicielskich kieruję się tym jak psy do siebie pasują, nie patrzę na tytuły czy "modę na konkretną hodowlę". Mam wielkie szczęście posiadać własne reproduktory i to wiele ułatwia, ale wiadomo, że trzeba wprowadzać czasem nowości, zmiany. Kolejną ważną rzeczą jest u nas wychowanie i socjalizacja szczeniaków - wspaniale jest słyszeć od nowych właścicieli, że piesek w nowym domu jest super mądry, wszystko wie i bardzo szybko się uczy. Podsumowując - nasz cel to wyhodować psy zdrowe, mądre i miło, gdy są do tego piękne.


Czy to chorowita rasa?


Nie powiedziałabym, że charcik jest jakoś szczególnie chorowity. Patrząc na jego posturę i cieniutką skórę z delikatną sierścią można odnieść bardzo mylne wrażenie chorowitości, ale jest to rasa długowieczna. Porównując do żyjących kilka lat olbrzymów, charcik 8-10 letni może jeszcze kryć, biegać na spacery czy z powodzeniem uczestniczyć w wystawach. Jeśli są wychowywane jak normalne psy, wychodzą na dwór mimo deszczu, chodzą na aktywne spacery to szczerze mówiąc nie mają problemów ze spadkiem odporności. Oczywiście na duży wiatr, deszcz czy śnieg powinny być ubierane - delikatna skóra i stosunkowo duża powierzchnia klatki piersiowej, sprawiają, że dosyć łatwo u nich o przewianie. Natomiast jak w każdej rasie, tak i u włoszczaków istnieją pewne tendencje.
Jeśli więc chodzi o przypadłości typowe dla rasy to muszę wspomnieć o złamaniach. Stereotypowo mówi się, że są to psy bardzo łamliwe. Takie zdanie bierze się oczywiście z niewiedzy oraz z tego, że wśród wielu hodowców jest to temat tabu.
Moim zdaniem przypadki złamań możemy podzielić na 3 grupy:
- psy obarczone tendencją w danej linii hodowlanej (można to czasem dostrzec analizując rodowody)
- psy, które były źle żywione i kiepsko "trenowane", nie mają mocnych kości, elastycznych ścięgien i mocnych mięśni
- psy, którym przytrafił się po prostu bardzo nieszczęśliwy wypadek - nie ma co ukrywać, łapki charcika są bardzo cienkie w proporcji do reszty ciała, skok na mokrą podłogę, wpadnięcie w dziurę na dzikiej łące czy upadek z oblodzonych schodów nawet u człowieka często kończy się złamaniem, a pamiętać trzeba, że tak jak wcześniej wspomniałam - charcik często robi wiele dziwniejsze manewry niż "przeciętny" pies.

 
Kolejna ważna sprawa to złamania ogonów - myślę, że nie przesadzę ze stwierdzeniem, że każdy charcikowy hodowca wie co to złamany ogon. Jest on bardzo cienki, często bardzo długi i po prostu pozbawiony tkanek ochronnych. Przy tak energicznej naturze uderzenie ogonem o kant stołu to codzienność. Na szczęście można sobie z tym poradzić bez większych problemów i w większości przypadków nie pozostaje po takim "wypadku" żaden ślad.
W tym miejscu warto wspomnieć o innej tendencji dotyczącej układu ruchu - podatności na wypadanie rzepek kolanowych. Na szczęście możliwe jest przebadanie psa na tę przypadłość i takie badanie stosuję w swojej hodowli.
Uczulenia - u włoszczaków zdarzają się reakcje alergiczne - na ukąszenia owadów, odczyn poszczepienny czy alergie pokarmowe (przebiałkowanie lub np. uczulenie na białko kurczaka).
Jest jeszcze jedna ważna rzecz - sporo charcików ma problemy z zębami i dziąsłami. Pełen komplet stosunkowo dużych zębów powoduje wielki ścisk w charcikowej paszczy. Dziąsła są delikatne i podatne na paradontozę dlatego zaleca się mycie zębów tuż po wymianie zębów na stałe. Dodatkowo część charcikowej populacji jest genetycznie obarczona podatnością na tzw. niedorozwój szkliwa (FEH - familial enamel hypoplasia). W USA istnieją testy genetyczne na nosicielstwo tej choroby, można wysłać tam materiał swojego psa także z Polski.
Ostatnią rzeczą jest cała grupa chorób oczu, nie wchodząc w szczegóły, komplet badań oczu można wykonać psu w kilku klinikach w Polsce. My akurat upodobaliśmy sobie placówkę specjalistyczną w Czechach i tam badamy nasze psy (także te niehodowlane, jedynie dla wiedzy). Podobnie jak we wcześniejszym przypadku, tak i tu istnieje badanie DNA określające możliwość wystąpienia tych schorzeń (dostępne w USA).


Ile razy widzę charciki włoskie na wystawach, to zawsze jest ich kilka w jednych rekach... czyżby były wyjątkowo stadne, czy może po prostu uzależniające?


O obu aspektach już wspomniałam więc sądzę, że i jedno i drugie. Po pierwsze charciki kochają towarzystwo, uwielbiają inne psy i w ogóle zwierzęta. Druga rzecz - po co mieć jednego jak można mieć dwa? Wydaje mi się nawet, że łatwiej jest mieć kilka takich psów niż jednego. Jest szansa, że przez chwilę nasz maluch zajmie się kolegą i nie będzie śledził każdego naszego kroku (nawet w toalecie!). Dziś mogę powiedzieć, że każdy z nich ma swoją indywidualną osobowość. Dopiero posiadanie kilku uświadomiło mi tak naprawdę jak fascynująca i niesamowita jest ta rasa. To prawda, że czasami pojawiają się problemy związane z posiadaniem większej ilości psów, ale wydaje mi się, że dostosowaliśmy swoje życie do tego, żeby mieć takich zmartwień jak najmniej.

Zdradzisz nam swoje plany na najbliższą przyszlość związaną z psami?


Moje plany - jest ich naprawdę sporo... przed nami jeszcze wiele wystaw, pokazują się teraz dość intensywnie psy, które sami wyhodowaliśmy i to nas ogromnie cieszy. Kilka ekscytujących pomysłów na krycia naszych suczek, ale też na krycia naszymi reproduktorami. No i prawdopodobnie niedługo dołączy do nas świeża krew. Z pewnością pracujemy na pełnych obrotach i nie zapowiada się żebyśmy zwolnili tempo.


środa, 4 maja 2016

Nowe Carnilove - recenzja :-)

Dzisiaj wracamy do raz już podejmowanego tematu - czyli Carnilove :-)
Dlaczego? Bo jesienią zmienił się skład karmy, a myslę, że warto byłoby o tym wspomnieć :-)



Jak widać zmieniła się również (moim zdaniem - na korzyść ;-) ) szata graficzna. Doszły 2 nowe smaki dla dorosłych psiurów i 2 wersje dla szczeniąt (jupi!).


Zmieniły się składy karm. Stare Carnilove jako "wypełniacz" miało ziemniaki, w nowym zastąpił je groch. Moje psy tej zmiany nie odczuły ani na plus, ani (na szczęście!) na minus - kupy w dalszym ciągu takie same, bąków brak, sierść piękna.

Tak jak wspominałam: powstały 2 nowe smaki dla psów dorosłych - kaczka & bażant oraz renifer. Ten pierwszy jest zdecydowanym hiciorem u naszych psów i wśród psów znajomych, więc jeśli miałabym doradzić, od którego smaku warto zacząć... to właśnie od kaczki & bażanta. Skład? Również na plus!

mączka z kaczki (30%), mączka z mięsa z bażanta (22%), żółty groch (20%), tłuszcz z kurczaka (konserwowany witaminą E, 8%), kaczka bez kości (5%), wątróbka z kurczaka (3%), jabłka ( 3%), skrobia z tapioki (3%), olej z łososia (2%), marchew (1%), siemię lniane (1%), groch (1%), zdydrolizowane muszle skorupiaków (źródło glukozaminy, 0,026%) , wyciąg z chrząstki (źródło chondroityny, 0016%), drożdże browarniane (źródło Mannooligosacharydy, 0015%), korzeń cykorii (źródło fruktooligosacharydów oli - gosaccharides, 0,01%), Yucca Schidigera ( 0,01%), algi (0,01%), płesznik (0,01%), tymianek (0,01%), rozmaryn (0,01%), oregano (0,01%), borówki ( 0,0008%), jagody (0,0008%), maliny (0,0008%).

W dalszym ciągu również Carnilove pozostaje przy dużej zawartości białka (37%) - ja sobie to bardzo chwalę (szczególnie, że to białko zwierzęce, nie roślinne - w głównej mierze), moje psy również. Na pewno sprawdzi się u wszelkiej maści psów pracujących... ale nie tylko. Dawkowanie karmy jest bardzo elastyczne i zawsze można trochę - w okresie lenistwa ;-) - przykręcić "kurek" ;-)


Powstały również 2 nowe smaki dla szczeniaków - tzn smak w zasadzie jeden, ale wersje 2 - dla szczeniąt i szczeniąt dużych ras. Miałam okazję wypróbować tą drugą - głównie chodziło mi o wielkość groszków - i jestem na tak. Główne testy przejdzie, gdy bedziemy mieli miot, ale znając Carnilove obstawiam, że będę zadowolona :-) Składy sa niezwykle podobne do dorosłej wersji, co mnie bardzo cieszy - łatwiejsze (mniej biegunkogenne ;-) ) przestawienie maluchów z pokarmu mamy karmionej Carnilove i nie ściemnianie, jak to szczeniakowi trzeba zupełnie-inną-karmę. Nie trzeba, tylko dawkować trzeba inaczej. I tak u dużych ras glukozaminę i chondroitynę warto suplementować - to co jest w karmie to śmieszna ilość.

Na koniec - nowość, czyli Carnilove w puszkach :-) Jeszcze nie używaliśmy, ale Blusio planuje ;-) Nie jestem w stanie wypowiedzieć się jakoś sensowniej w tym temacie, bo raz, że ja sama psom puszki daję od wielkiego dzwonu, jeśli dostaniemy je np. w nagrodę, dwa - nigdy nie potrzebowałam i się nimi nie interesowałam. Uprzejmie jednak donoszę, że istnieją ;-) i jeśli ktoś miał okazję spróbować to proszę o info, chetnie się dowiem, czy fajne :-)



Cena karmy się nie zmieniła - w dalszym ciągu znajdziecie ją w sklepach internetowych za około 210zł (wersja dla szczeniąt - ok. 225zł). Wielkość worków również została ta sama - 1,5 i 12kg :-) muszę jednak dodać - a propos tych worków - że nowe opakowania mają re-we-la-cyj-ne zamknięcie na zamek - naprawdę trwałe, wygodne i nie rozjeżdżające się! Bardzo dobrze zrobione, i o ile u mnie karma stoi głownie w pojemniku, to w małych workach na wyjazd to się na pewno przyda!



Moja opinia na temat tej karmy się nie zmieniła. W dalszym ciągu jestem z niej super zadowolona - psy nie kręcą nosami na miski, zjadają błyskawicznie i bez ociągania się. Kupy są zwarte, nie śmierdzące (jak na kupy ;-) ), a bąków i innych nieprzyjemnych doznań brak. Wyniki badań psiury mają idealne, sierść piękna, żadnego drapania się, łupieżu, lizania łap czy trzepania uszami - wspaniale!
Jeśli mnie życie nie zmusi nie zamienię na żadną inną karmę!!!



Na koniec - pamiętacie, że w śledziowym konkursie można wygrać Carnilove i zupełnie za darmo je wypróbować? :-) Jesli nie pamietacie, to wpadajcie na wydarzenie i pokażcie, jaki to wilk drzemie w Waszym psie :-)


sobota, 30 kwietnia 2016

Bohun vs spondyloza, runda 2

Trochę już ponad miesiąc temu pisałam, że u Bohuna zdiagnozowano spondylozę. Z kopyta zabraliśmy się za leczenie. Tak jak wspominałam na pierwszy ogień poszedł sprowadzony z Czech Bonharen (czyli kwas hialuronowy), witamina B, i Buteless. Kuracja Bonharenem została tydzień temu zakończona, więc postanowiłam podsumować nasze postępy.


Muszę przyznać, że mimo, że jesteśmy ostrożni, to jednak sprawa wygląda optymistycznie.
Na co dzień, w takim zwykłym funkcjonowaniu - porusza się normalnie :-)
Udało nam się też wrócić do spacerów. Na pewno nie takich pełną parą jak wcześniej - skróciliśmy dystans, ale meldujemy, że spacery są! Najważniejsze jednak, że po spacerach Bohun nie ma większych problemów ze wstawaniem czy wchodzeniem po schodach. To jest zdecydowanie bardzo duża poprawa i prawdziwy sukces :-) i nam, i jemu brak spacerów bardzo doskwierał.

Niestety, problemy dalej są po wchodzeniu do wody i leżeniu na zimnym. Bohun wodę uwielbia i odciągnąć go od niej można tylko siłą... niestety, wejście do rzeki odchorowuje. Nie trwa to długo, w zasadzie następnego dnia jest już w porządku, ale fakt jest faktem. Wejście do wody = wieczorem trudności ze wstawaniem,

Jako, że pogoda iście wiosenna, to również i wokół domu na działce robimy więcej. Śledziowy stawia szklarnię, więc praktycznie całe dnie spędza na podwórku, a z nim psy. Niestety - ostatnio po takim całym dniu leżenia na dworze Bohun miał wieczorem nie dość, że problemy ze wstawaniem, to jeszcze ledwo wszedł po schodach :( zastanawiam się, jak to rozwiązać, bo ciężko mi wyobrazić sobie, ze będzie cały dzień leżał w domu, gdy my jesteśmy na zewnątrz... Mamy niby psi materac przed domem ale niestety - jak robimy coś z tyłu, to psy chcą być blisko, więc leżą na ziemi. O ile reszcie to nie szkodzi (nawet Brombiakowi - tfu tfu!), to Bohunowi niestety owszem. Trzeba jakoś to zmodyfikować...


Nie wiem, czy jest możliwe, by udało się Bohunowi funkcjonować jak przed chorobą, ale póki co - jesteśmy dobrej myśli :-) Jeśli ktoś z Was ma jakieś doświadczenia ze spondylozą - proszę odezwijcie się! My doświadczenia mamy jeszcze niewiele, więc chętnie posłuchamy, co ktoś bardziej obcykany ma do podpowiedzenia.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Rasowy czwartek #13 - terier pszeniczny

Nie nie, trzynasty z kolei Rasowy Czwartek na pewno nie będzie pechowy :-) Co do tego jestem pewna, bo dzisiaj porozmawiamy z Gosią Partyką z hodowli Soft Party. Gosia hoduje irish soft coated wheaten terriery, czyli po naszemu - teriery pszeniczne.
Znacie tę rasę? Ja przyznaję się bez bicia, przed rozmową z Gosią kojarzyłam je tak naprawdę jedynie z wyglądu... Jeśli jesteście w tej samej grupie, co byłam ja (albo na terierach pszenicznych znacie się doskonale, ale chcecie się dowiedzieć, o czym plotkowałyśmy z Gosią) - zapraszam na wywiad!


Na skróty

Śledzie testują

Masz ochotę zobaczyć, co i kogo przetestowały Śledzie? Co jest warte uwagi, a co okazało się kompletną klapą?

Sprawdź!

Rasowy Czwartek

Co czwartek Śledzie rozmawiają z hodowcą innej rasy - zapraszamy na wywiady z masą zdjęć i filmów w naszym cyklu!

Zajrzyj!

Pomocy, szukam psa!

Jak wybrać odpowiednią hodowlę, co z tą socjalizacją a dodatkowo - co słychać u Śledzi.

Dowiedz się!

Góry z psem

Wybitnie górskie Śledzie radzą, jak przygotować się do wyjazdu w góry z czworonogiem, co zabrać i jak się świetnie bawić.

Przeczytaj!
17 Filiżanek
Tyle wypijamy kawy tygodniowo
1429 Linijek
Tyle piszemy tygodniowo
400 Uzytkowników
Tyle osób nas codziennie odwiedza

Śledziowa ekipa

Zuzia
Maere Galijska osada
Eevee
Miłosława Śledzikujący Bern
Brombi
Dobrawa Śledzikujący Bern
Mieszunio
Mieszko Śledzikujący Bern
Bohunek
Bohun Alpejska Kraina Szczęścia

Skontaktuj się z nami

Porozmawiajmy

Masz pytania dotyczące Śledzi, psów, samego bloga, a może chcesz współpracować z nami? Śmiało!

Adres:

Zawyki Ferma, gmina Suraż, woj. podlaskie

Pracujemy:

24/7, choć w tygodniu bywa różnie :-)

Telefon:

510 264 641