Wataha w podróży i moje mieszane odczucia -> recenzja

07:20:00

Jakiś już czas temu przeczytałam książkę, którą pewnie wielu z nas zna doskonale - "Wataha w podróży. Himalaje na czterech łapach" autorstwa Agaty Włodarczyk i Przemka Bucharowskiego. Btw - nie wiem czy wiecie (mam nadzieję, że tak!) że Agata i Przemek prowadzą również bloga do wejścia na którego bardzo Was zachęcam :-)

Książka zostawiła mnie z kilkoma przemyśleniami i dylematem... ale o tym zaraz.


Zacznijmy od tego, co do czego nie mam wątpliwości.

Książka od samego początku urzekła mnie przecudownymi zdjęciami. Jak wiecie - góry uwielbiam i takie widoczki, jak na kartach "Watahy..." sprawiają, że aż mi się tak miło w żołądku robi ;) Kwitnące rododendrony, ośnieżone szczyty, wioski położone u podnóża gór... coś wspaniałego. Dla samych tych zdjeć jestem przekonana, że książkę warto kupić - a małą próbkę mamy już na okładce przecież ;-)

Druga sprawa to to, jak lekkie pióro mają Agata i Przemek. Jeżeli do tego czasu przeczytaliście cokolwiek na ich blogu to już o tym wiecie, jeśli nie - zdecydowanie powinniście. Książkę czyta się jednym tchem, błyskawicznie i zdecydowanie w jeden wieczór.

Ta książka to również książka nie tylko o Himalajach - to tak uprzedzam tych, którzy za górami nie przepadają. To książka uniwersalna, książka o dążeniu do celu wbrew przeciwnościom losu. Książka o wstawaniu, upadaniu i jeszcze raz wstawaniu - i tak do znudzenia. Wreszcie - książka o osiąganiu celu, choćby droga była do niego kręta i ciągle pod górkę.

I prawda jest taka, że gdyby chodziło tylko i wyłącznie o to, to "Wataha w podróży" stałaby się jedną z moich ulubionych książek. Gdyby tylko nie było tam.... psa.

Tak, psa, a dokładniej - wilczaka Diuny (chociaż gdyby to był jakikolwiek inny pies, miałabym podobne rozkminy).
Możliwe, że jestem lamus, nudziara i mentalna starucha... no ale wybaczcie, nie wyobrażam sobie zabrania psa na taką wyprawę. Dla mnie to szczyt nieodpowiedzialności od samego początku - włącznie z nieogarnięciem przepisów na tip top (kurczaki pieczone, jak moje maluszki lecą do swoich domów samolotami, to ja znam przepisy na pamięć włącznie ze wszystkimi możliwymi zmiennymi, mam obcykane totalnie wszystko), które skończyć mogło się źle, przez klimat Indii - zarówno w miejskiej, jak i górskiej części (przy opisie Diuny cierpiącej w upale w czasie trekkingu aż mnie zmroziło), aż do zostawienia psa w hotelu w Delhi (tu fakt - Autorzy sami przyznają, że nigdy więcej... ale nie ogarniam, jak musiałabym być zdesperowana, by taki pomysł w ogóle przyszedł mi do głowy). No nie, nie i jeszcze raz zdecydowane nie.

Ci, którzy mojego bloga czytaja myślę, że wiedzą, że nasze psy towarzyszą nam wszędzie, gdzie jest to tylko możliwe. No właśnie - możliwe. Moim zdaniem (ale jak już wspomniałam - jestem pewnie lamus) taka wyprawa to nie jest miejsce dla psa - żadnego, nawet wytrzymałego i "pierwotnego" wilczaka. Jestem zdania, że Autorzy mieli ogromne szczęście, że Diunie nic się ostatecznie złego nie stało... ale ta wyprawa była moim zdaniem zwykłym, nieodpowiedzialnym kuszeniem losu. Skojarzyło mi się to trochę z rodzicami zabierającymi swoje niemowlaki/kilkulatki na tatrzańską Orlą Perć w różnego rodzaju nosidełkach by udowodnić, że dziecko to nie ograniczenie i że się da - to mnie również za kazdym razem przeraża sprawia, że przez dłuższą chwilę muszę próbować uciszyć wyobraźnię.

Zdecydowanie polecam Wam przeczytanie tej książki! To naprawdę świetna pozycja - a co do oceny - nazwijmy to szumnie - moralnej ;-) nie ma przecież obowiązku zgadzania się ze mną ;-)

You Might Also Like

0 komentarze

Polub Śledź też pies

Polub u Śledzi

Polub Simpsons Polska

Zajrzyj na naszego Instagrama