Jestem zwykłym psiarzem!

06:11:00

Ostatnio naszła mnie pewna refleksja... co nie wejdę na jakiegoś nowego (nieznanego mi wcześniej w każdym razie, więc dla mnie nowego) bloga (z małymi wyjątkami), to wszędzie psy i właściciele ociekający zajebistością. Psy robiace niesamowite rzeczy - agility, frisbee, obi, łażące po piłkach, ćwiczące miliard sztuczek, jeżdżace na seminaria, zawody i robiące rzeczy, które nawet nie przyszłoby mi do głowy, że pies robić może. Wyjątkowe.

Mam wrażenie, że stoi za tym pewnego rodzaju presja na bycie fajnym. Przecież przyznanie się, że w zasadzie ze swoim psem to się przytula na kanapie albo chodzi na spacery - takie zwykłe, do parku na lince, czy za miasto z patykiem - jest passe. Bloger musi, po prostu MUSI robić rzeczy, a jego pies to już tym bardziej nie ma wyboru.

My w zasadzie nie robimy nic wyjątkowego (tak, przyznajemy się - taki nasz mały coming out). Jesteśmy razem, przytulamy się, spacerujemy, biegamy, szarpiemy szarpak... ale nie tropimy, nie agilitujemy, nie rzucamy frisbee i nie robimy sztuczek. No po prostu - nie nasze klimaty.



I żeby było jasne: ja nie mam nic przeciwko tym wszystkim rzeczom, jeżeli jarają one obie strony międzygatunkowego duetu. Niestety - mam wrażenie, że ten punkt akurat schodzi na dalszy plan. W końcu w dobrym tonie jest robić coś - niezależnie od tego, czy mamy na to czas, czy mamy ochotę i czy nasz pies ma do tego predyspozycje. Trzeba robić COŚ, koniecznie i bezapelacyjnie, bo inaczej odstajesz, nie przynależysz i jesteś nie dość że nieciekawym, to jeszcze mało zaangażowanym psiarzem.


W ramach tego, żeby mi nie było smutno, że taka jestem zwyczajna psiara bez aspiracji ;) poprosiłam o podzielenie się swoimi historiami innych zwyczajnych właścicieli psów. Mam nadzieję, że przeczytacie z przyjemnością! 


Na samym starcie powinnam się przyznać, że nie jestem psiarzem.
Nie takim, który od pacholęctwa marzył, aby mieć czworołapa. W domu psa długo nie było. Raz coś prawie, ale jednak nie. Może jakby się wtedy, lat wiele temu, pojawił, to nastawienie miałabym inne, bo bym się z psem nieco wychowała, a tak los wybrał inną drogę i wszystko przesunęło się w czasie, a i wtedy dalekie było od planowania.
Pies w domu zaczął pojawiać się najpierw weekendowo. Rodzinka moja zabierała go na weekendy od dalszej rodzinki, która z kolei miała problem z ogarnięciem psa w obliczu dziecka, któremu się pies nieco znudził, męża całkiem nieźle wpisującego się w stereotyp informatyka-gracza i zapracowanej zawodowo i domowo pani domu z kolejnym dzieckiem w drodze. Co z tego, że mieli ogród, a my w bloku, jak u nas więcej łap było do głaskania, a Mendi, bo tak się piesa zowie, potrafi być nachalna, choć głównie chce, aby dać jej się położyć obok siebie i żeby wiedziała, że stado jest blisko. I jakoś się to potoczyło, że raz wzięliśmy ją na święta i już została, a ja miałam wtedy jakieś dwadzieścia sześć lat.
Mendi jest beaglem z grupy małych beagli, czyli waży teraz jakieś 12 kilogramów i bardziej nie urośnie, chyba że wszerz. To drugie jest bardzo prawdopodobne, bo jak przystało na porządnego beagla żre (nie je, żre) wszystko. Zje michę i pięć minut później na spacerze trzeba za nią wołać, żeby zostawiła kocie żarcie, i ten chleb dla ptaków też, i to… czymkolwiek to jest również, ty mendo jedna wredna (i właśnie poznaliśmy, czemu ma takie imię a nie inne; miało być Candy, ale jako szczeniak gryzła po palcach i…). Również jak na beagla przystało gubi sierść raz do roku. Jak to ładnie ktoś kiedyś określił: czas gubienia sierści przez beagle trwa 365 lub 366 dni zależnie od roku. Sierść jest krótka, jest jej dużo i niektóre ciuchy bardzo ją lubią i nie chcą się z nią rozstawać nawet w praniu (dzięki niech będą za taśmę izolacyjną! bo rolki do odsierszczania nie dają niekiedy rady). Za to odkurzacz chodzi prawie codziennie.





Czego mnie Mendi nauczyła, to że centrum zarządzania beagla tkwi w żołądku. Nie odmawiam Mendi posiadania mózgu, ale rządzi żołądek, wespół z nosem. Więc ona słyszy, że się ją woła, nawet spojrzy, ale nim przybiegnie, to skończy niuchać. To potrwa. Chyba że się ma pychotkę. Wtedy jest się jej bogiem. Kiedy nie je, nie niucha, to śpi i jakbym na własne uszy nie słyszała, to nie uwierzyłabym, że dwanaście kilo psa może tak chrapać. Na luzie idzie w szranki z dziewięćdziesięciokilogramowym mężczyzną. Nie śpi w moim pokoju na szczęście, bo wtedy ja nie byłabym w stanie zasnąć, z drugiej strony jak tu się jej oprzeć? Rację mają ci, co twierdzą, że ten pies w pewnym stopniu omotał nas sobie wokół ogona.


Macie ochotę zajrzeć na bloga Marty? Zapraszamy! http://marszowickiepola.pl/




Mam na imię Kasia i jestem autorką bloga wisnione.pl. Dzisiaj jednak nie o mnie. Tym razem o mojej suczce Majce. Jako że w naszej Wiśnionej rodzinie mam samych mężczyzn, Majka jest moim jedynym damskim wsparciem w domu. Jest z nami od pięciu lat. Przygarneliśmy ją gdy miała ok dwa lata. Od tamtej pory jest pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Mimo swojego wieku nadal bawi się z naszymi synami jak mały szczeniak. Jest bardzo pogodna i przyjaźnie nastawiona praktycznie do każdego. Gdy przychodzą do nas goście, każdego wita i z każdym chce się pobawić. Znajomi często myślą, że wyjątkowo ich lubi, ale to nie do końca tak ;) Majka lubi każdego! Nawet gdy nieznajomy na ulicy zaczepi ją i chce pogłaskać, ona bez zastanowienia poszłaby z nim wszędzie. Niech ją tylko pomizia! Jeszcze gdyby dał jej coś do jedzenia? Kochałaby go! Majka jest zawsze głodna. Wszystko jedno ile zje, ona i tak znajdzie miejsce na kolejną przekąskę. Są tego pewne zalety, kiedy dzieci jedzą przy stole, Majka w pełnej gotowości czeka by posprzątać resztki, które spadną na podłogę. Dzięki temu udało nam się też szybko zareagować, gdy Majka się rozchorowała. Byliśmy przerażeni i szybko pojechaliśmy do weterynarza, kiedy ona obojętnie przeszła obok kawałka szynki który spadł na ziemię. To była tak nietypowa sytuacja, że od razu wiedzieliśmy, że coś jej dolega.


Kolejny znak rozpoznawczy Majki to chrapanie i chrumkanie. Słowo Wam daję, że wydaje z siebie takie dźwięki, że aż ciężko uwierzyć, że to z tego małego pieska się wydobywa. Chrapie jak niedźwiedź! A że bardzo lubi spać, to w całym domu słychać, że ma drzemkę. Właśnie z tego powodu mówimy na nią "Dzik". Biega po ogrodzie, radośnie chrumkając.
Miałam wymienić też jakieś negatywy, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Tak naprawdę to chyba jedynie choroba lokomocyjna Majki. Jest to trochę uciążliwe. No i paskudnie pachnie jej z pyszczka. Poza tym jest to kochany, mega pozytywny pies - członek naszej Wiśnionej rodzinki.

Ps. Zapomniałabym o najważniejszym! Nie wiem czy Majka w ogóle powinna się znaleźć w tym gronie, bo ona tak na prawdę wcale nie jest psem. Majka to kotopies. Przeciąga się jak kotek, skacze po meblach, ociera się o nogi i nawet reaguje gdy wołamy ją dla żartów "kici, kici". Poza tym nie szczeka ;)

Macie ochotę zajrzeć na bloga Kasi? Zapraszamy! http://wisnione.pl/

 


Historia moja i Butchera tak naprawdę zaczęła się prawie 20 lat temu. Byłam kilkuletnią dziewczynką, której hobby było zbieranie widokówek. Całkiem przypadkiem, do rąk tej małej dziewczynki trafiła kartka pocztowa przedstawiająca białego psa z uszami podniesionymi do góry. To właśnie jego mordka skradła serce dziewczynki, a ona sama przyrzekła sobie kiedyś właśnie takiego psa posiadać.

Minęło prawie 20 lat od tego wydarzenia. Ale ja nie zapomniałam. Marzyłam o posiadaniu tej rasy, marzyłam o takim przyjacielu. Los był mi przychylny i w 2014 roku postanowiłam spełnić swoje marzenie.

Po skrupulatnej inwigilacji hodowli udałam się na pierwszą wizytę do tego miejsca w celu obejrzenia małych, białych, puchatych kulek. Wydawało mi się od samego początku, że to ja go wybiorę. To będzie mój wybór, który szczeniak wróci ze mną do domu. Tymczasem on patrzył na mnie tymi czarnymi oczkami, próbując ustać na tylnych łapach, co chwila przewracając się na plecy. To właśnie wtedy poczułam, że on wybrał mnie, bo jak żaden inny całą swoja uwagę skupiał wyłącznie na mnie. I to jego spojrzenie było dokładnie takie samo, jakie 20 lat temu widziałam na papierowej widokówce.

Rzeczywistość jednak nie była tak różowa, jak mogłoby się wydawać. Mały szczeniaczek może i był uroczy, ale również bardzo wymagający i często – frustrujący. Jednak uczucie i więź, jaka pojawiła się między nami jest nie do opisania. Są rzeczy, które warto w życiu przeżyć. Jedną z nich na pewno jest posiadanie psa. Bo kocham te jego czarne oczka wpatrujące się we mnie, kocham jego główkę, którą kładzie na mojej nodze gdy siedzę przy biurku, kocham jego marudne powarkiwanie w sytuacjach, gdy coś mu nie pasuje, kocham jego narwany charakter, który wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Kocham go za to, że jest wyjątkowy. Dla mnie.

Bezinteresowna miłość psa potrafi odmienić nie tylko życie człowieka, ale również jego samego. Na lepsze. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Swoją miłością sprawił, że teraz jestem lepszym człowiekiem.



Macie ochotę zajrzeć na bloga Kasi? Zapraszamy! http://nataliakaszuba.pl/

 


Hej! Jestem Paulina, psiolubna. Od niedawna żona swojego męża - Adriana. Chciałam Wam pokrótce opowiedzieć o moim (i męża trochę też) psiaku.
Chwiejąca się na koślawych nóżkach, mała lekko-futrzasta kulka o maślanych oczkach - taki był w chwili, gdy go zobaczyliśmy. Nieporadny mopsik pojawił się w naszym domu w grudniu 2015 roku. A nie wiadomo czy to by się wydarzyło, gdyby nie pewna przedświąteczna środa. Czemu akurat ten dzień?
Sprzecznie z nowo ustalonym porządkiem pór roku, tym razem śnieg spadł wcześniej niż się spodziewano, dokładnie tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Było to wydarzenie zbyt niespotykane żeby przejść obok niego obojętnie. Dlatego też, gdy pojawił się u nas piesek, rozważając tysiące imion zatrzymaliśmy się na angielskim słowie określającym śnieg i uznaliśmy, że nasze małe mopsisko otrzyma to krótkie lecz treściwe, wdzięcznie brzmiące imię - Snow. 


Jaki jest Śnieżek? Charakterny. Inteligentny. Czarujący. No i przystojny :) Jego hobby to lizanie od spodu ciepłych kubków z herbatą - jego oczy zdają się wtedy wyrażać zdziwienie i niezrozumiałą do końca dla nas ekscytację. Uwielbia wpatrywać się w człowieka tymi swoimi wielkimi ślepiami (chyba rozumie więcej niż nam się wydaje). Snow jest też bardzo nosolubnym i ucholubnym gryzoniem. Urocze to, aczkolwiek czasem problematyczne. Mój mąż jest zafascynowany zmarszczkami mopsika, drapie go po główce przy każdej możliwej okazji. Wydaję mi się, że nasz pies szybko wyłysieje, mimo że nie ma zbyt wielu zmartwień :) Snow ma już masę zdjęć - jest wdzięcznym modelem. Wszyscy rozpływają się nad jego płaską mordką.


Zakochaliśmy się po uszy - to pewne. Już zawsze będziemy mieć ŚNIEG na święta Bożego Narodzenia. Mogłabym tak pisać i pisać... a tak naprawdę nasza historia dopiero się zaczyna.

Zapraszamy do odwiedzenia fanpejdża Pauliny - znajdziecie tam więcej zdjęć przystojniaka :-) 

 


Jeśli chcielibyście, by Wasze historie znalazły się w kolejnej odsłonie - po prawej, w zakładce "kontakt" znajdziecie naszego maila :-) Zapraszamy :-)

You Might Also Like

0 komentarze

Polub Śledź też pies

Polub u Śledzi

Polub Simpsons Polska

Zajrzyj na naszego Instagrama